Bez wahania zaczęuc0łm wklepywaćkrem w policzki i czoł, by ukryćprzed śiatem swój Znak, po którym by mnie rozpoznano. Zdumiewająe, jak dokłdnie krem przykrywałZnak. Kiedy stopniowo znikałz mej twarzy ciemniejąy półsięuc0żc i girlanda niebieskich spiralnych linii okalająych mi oczy, obserwowałm, jak pojawia siędawna Zoey, co wywołł we mnie mieszane uczucia. Owszem, wiedziałm, ż zmieniłm sięnie tylko zewnęrznie, czego potwierdzeniem byłtatuaż ale zniknięie Znaku Nyks okazał sięszokująe. Poczułm, ze czegośmi brakuje, i zrobił mi sięz tego powodu żl. .

Się, gdy łzy odbierają mi oddech.. Coś cicho, prawie bezszelestnie przesuwało się między drzewami i skradało podstępnie w moim kierunku. Czułam wyraźnie jak serce podchodzi mi do gardła. Strach na nowo paraliżował moje zziębnięte ciało. Zaparłam się o drzewo najmocniej jak tylko umiałam, jakby to posunięcie miało mnie w jakiś sposób ochronić przed zagrożeniem, a wyczuwałam je całym swoim instynktem. Mięśnie mojej twarzy napięły się mimowolnie, by zwolnić nagle swój uścisk odsłaniając przy tym rząd białych zębów. Moje ciało zdawało się nie reagować na polecenia mózgu, który mówił by pozostawało w bezruchu, wciśnięte w twardą, zimną korę drzewa. Cały swój ciężar przeniosłam na prawą, ugiętą nogę wychylając resztę ciała do przodu. Szykowałam się do starcia z nieprzyjacielem. Nawet Charlie uczył mnie gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, że najlepszą obroną był atak. Wytężałam wzrok w kierunku niepokojących odgłosów tak intensywnie, aż powodowało to pulsujący ból w skroni, a serce w mojej piersi dudniło tym samym tempem. Dyszałam ciężko zaciskając dłonie w pięści, kłykcie zapewne zrobiły się od tej reakcji trupio blade. Właśnie taka zapewne byłam cała - trupio blada. Czułam jak krew w niewiarygodny sposób ze mnie upływa, czułam jak moje dudniące serce szarpie się z wycieńczenia by w kulminacyjnym momencie przestać po prostu bić. W zwolnionym tempie śledziłam wzrokiem coś, co zbliżało się w moim kierunku. Z kolejnymi ułamkami sekundy moje spojrzenie stawało się bardziej spostrzegawcze, na tyle ostrzejsze by dostrzec w ciemności czym było owe zagrożenie. Puma! Cała akcja przybrała normalne tempo. Tuż przed moją twarzą znajdowały się już potężne, lśniące, ostre kły drapieżnika. Byłam zdezorientowana jedynie reakcją ze strony mojego ciała, które w zatrważająco szybkim trybie odchyliło się w lewą stronę, by nie spotkać się z napierającym cielskiem zwierzęcia. Przez mój umysł przebiegało miliony myśli, które potrafiłam wyłapywać bez najmniejszego problemu. Moja uwaga była w stanie skupić się na każdej z nich. Odruchowo pochwyciłam w ramiona odbijającą się akurat przednimi łapami o drzewo pumę by cisnąć nią o znajdujący się naprzeciw nas potężny świerk. Jej zawodzący ryk rozniósł się echem po zalesionym terenie powodując tym samym falę paniki wzbijających się w powietrze ptasich skrzydeł. Wydałam z siebie przytłumiony, gardłowy charkot wpatrując się w swoją ofiarę z dziką, wypełniającą mnie rządzą krwi. Na nowo poczułam wiatr, zarówno we włosach jak i na swojej twarzy, podczas pokonywania w oszałamiająco szybkim tempie odległości dzielącej mnie od dzikiego zwierza. Zdawać by się mogło jakobym w ogóle nie wykonała żadnego ruchu w jego stronę. Zapewne nie można było zarejestrować ludzkim wzrokiem momentu mojego ataku, tak jakbym po prostu od momentu zderzenia dzikiego zwierza z drzewem stała cały czas nad nim. W tamtej chwili zapewne nie byłam bardziej oswojonym drapieżcą niż moja ofiara, której rzuciłam się właśnie do gardła. Poczułam na swojej głowie dziwny nacisk, coś zdawało się mnie łaskotać po potylicy. Skierowałam spojrzenie w bok. Puma starała się właśnie wgryźć w mój kark, lecz jej nieudolne starania sprawiły, że wywróciłam oczyma z politowaniem. Zacisnęłam szczęki mocniej na jej skórze przecinając ją i zatapiając się w jej rozgrzane ścięgna niczym w wyborny deser. Zwierzę walczyło ze mną do swego ostatniego tchnienia. Zwolniłam swój morderczy pocałunek wówczas, gdy nie stanowiło już dla mnie zagrożenia, gdy było już martwe. Stałam nad ścierwem dysząc ciężko. Coś lepkiego delikatną stróżką spływało powoli z kącika moich ust. Otarłam wargi dłonią, bladą niczym księżyc, a jej biel kontrastowała z czerwienią w której była umazana. Krew. Z mojej krtani wyrwał się żałosny i rozgoryczony ryk.. Kiedy pił po raz ostatni?. Otworzyłam zamrażarkę i, odsunąwszy na wpół puste opakowania lodów, znalazłam zamrożone gofry. Pudełko z głośnym trzaskiem uderzyło o blat. Pycha. Kiedy usiło¬wałam rozedrzeć wilgotny karton, Ivy popatrzyła na mnie z uniesioną brwią.. Postąpił. Kajdankami ręce i pociągnął za sobą, powodując tym samym wybuch kolejnej. Ciche brzęczenie dobiegające od okna sprawiło, że zniknęła z pola mojego widzenia.. - Świetnie odgrywałeś swoją rolę i w końcu nie wiedziałam co myśleć. Boże, naprawdę.